Dzisiaj

Postanowiłam zawiesić pisanie mojego bloga, może na jakiś czas, może na zawsze. W moim przypadku to chyba nie był najlepszy pomysł. Każdy nowy wpis bardzo dużo mnie kosztował. Przez ten miesiąc żyłam tylko tymi wspomnieniami, wszystko wkoło przestało istnieć…nawet moje ukochane książki przestały mnie interesować, był tylko blog. I to ogromne zainteresowanie – też mnie chyba przerosło.

Bardzo dziekuje Wam za wiele słów otuchy. Nie odpisywałam na Wasze komentarze ale wszystkie uważnie czytałam. Polubiłam Was i będzie mi Was brakowało, no… może nie wszystkich.

t.vik – od Twojego bloga wszystko się zaczęło, Ty napisałeś pierwszy komentarz. Będę regularnie śledziła Twoje wpisy. Twój blog daje mi siłę, pokazuje, że człowiek wiele może znieść i co najważniejsze, że marzenia się spełniają.

Dziękuję Wam wszystkim:)

Wspomnienia – płacz

Kolejny dzień na oddziale ginekologii był już inny. Przede wszystkim byłam już w miarę samodzielna. Tylko jeszcze przy myciu pomagała mi teściowa. Ćwiczyłam wstawanie z łóżka – zajmowało mi jeszcze trochę czasu ale robiłam to sama. Ćwiczyłam chodzenie z balkonikiem po pokoju, nie wychodziłam na korytarz, bałam się spojrzeń innych pacjentek, może pytań. Zmianę opatrunku pielęgniarki robiły mi w pokoju. To chodzenie i wstawanie tak mnie męczyło, że większość dnia przespałam. Po pietnastej zrobiło się już tak cicho na oddziale. Oddział ginekologii był położony na tym samym piętrze co patologia ciąży, nawet był połączony jedną ladą pielęgniarską. Dlatego też bałam się, że jak wyjdę na korytarz to zobaczę tamten pokój, tamtych lekarzy, tamte położne. Po południu przyszły odwiedzić mnie salowe z oddziału patologii ciąży – powiedziały, że chciały mnie zobaczyć i cieszą się bardzo, że mnie widzą. Wieczorem przyszła koleżanka, która leżała ze mną w jednym pokoju na oddziale patologii ciąży i powiedziała tylko, że dobrze że jestem. Z grzeczności zapytałam ją jak czuje się jej dziecko – urodziła trzy dni po mnie, opowiadała coś, ale chyba nawet nie słyszałam, czułam tylko pustkę i dręczyło mnie pytanie - jak to się stało? Przecież wszystko było dobrze. Ja długo jeszcze tego nie mogłam pojąć. To wydawało mi się takie niemożliwe. Piętro wyżej chyba był oddział dziecięcy bo cały dzień słyszałam płacz dzieci. To było straszne. Czułam wtedy że straciłam coś co już prawie, prawie miałam… i ta świadomość że straciłam to na zawsze. A za oknem krakały wrony, przecież to był czerwiec, a one krakały tak głośno i złowieszczo. Zawsze jak zbliżał się wieczór w szpitalu, robiłam się nerwowa. Wiedziałam, że za chwilę zostanę sama i to mnie przerażało. Tej nocy było podobnie, nie mogłam zasnąć, te myśli mnie wykańczały. Najbardziej to, że nie rozumiałam i nie mogłam tego wszystkiego pojąć. Przy moim łóżku stał stojak z kroplówką i bardzo z sobą walczyłam aby skończyć to wszystko, byłam już tym wszystkim tak bardzo zmęczona. Przewód od kroplówki tak bardzo kusił… ale przed oczami miałm cały czas mojego męża, który powtarzał mi że dla niego przeżyłam. I czułam że nie mogę mu tego zrobić. Chyba w końcu zasnęlam. Obudziłam się jak pielęgniarka zmieniała mi nad ranem kroplówkę. To była ta pielęgniarka przy której zawsze potem czułam się taka bezpieczna. Przywitała się, uśmiechnęła i poszła. A mi zaczęły cieknąć łzy. Zaczęłam płakać. To był mój pierwszy taki oczyszczający płacz. Wszystkie te emocje, skrywane tyle dni wypłynęły. Jak przyszla teściowa i mnie znalazła taką zapłakaną nie wiedziała co ma robić i zadzwoniła do mojego męża. On przerażony mówił mi przez telefon, że wszystko będzie dobrze. I wtedy już wiedziałam, że przecież nie mogę go zostawić.

Dzisiaj

Widzę, że mój ostatni wpis wywołał wiele emocji zarówno tych dobrych jak i tych złych. To co opisałam to był realnie przedstawiony obraz z tamtego dnia i tamtej nocy – to co rzeczywiście się wydarzyło oraz moje odczucia z tym związane. To jak czytelnik to odebrał to druga sprawa.

Absolutnie nie uważam i tak nie napisałam!, że wszystkie pielęgniarki źle pracują, mają gdzieś pacjentów i są niedouczone. Wręcz przeciwnie, uważam że praca pielęgniarki jest bardzo ciężka i odpowiedzialna. Ja byłam pacjentką bardzo mało wymagającą i proszę mi wierzyć, że gdybym wtedy była w stanie sama  koło siebie wszystko zrobić nie prosiłabym o to pielęgniarki. Jeszcze będąc na intensywnej terapii kiedy pielęgniarka musiała umyć mnie któryś raz w ciągu dnia, ze łzami w oczach ją za to przepraszałam – był to dla mnie ogromny wstyd i ogromne poniżenie. Ale ona odpowiadała mi, że ona jest tu dla mnie i to nie jest dla niej żaden problem. Pracowały tam w większości przypadków młode dziewczyny ( 23-27 lat ) i byłam i jestem pod ich ogromnym wrażeniem i pełna szacunku dla ich postawy. Tyle rzyczliwości, uśmiechu i zrozumienia nigdy nie otrzymałam od obcych osób co na tym oddziale. Również na oddziale ginekologii były pielęgniarki, które były rzyczliwe i które wspominam bardzo miło a nie robiły nic więcej  niż te dwie pielegniarki, które opisałam w swoich wspomnieniach. Po prostu obdarzały mnie uśmiechem, dobrym słowem i czułam ich dobre nastawienie do mojej osoby. Na tym oddziale była pielęgniarka, która emanowala tak dobrą energią, że zawsze czekałam kiedy będzie miała zmianę i jak ją tylko widziałam to czułam się wtedy po prostu bezpieczna. I proszę nie wyczytywać między wierszami czegoś czego nie napisałam. Bo spotkałam tam też dobrych ludzi.

Wspomnienia – ginekologia

Po jedenastu dniach pobytu na intensywnej terapii mój stan na tyle się poprawił, że lekarze podjęli decyzję o kontynuowaniu leczenia na innym oddziale. Od rana zaczęłam być przygotowywana na przewiezienie na oddział ginekologii. Usunięto wszystkie dreny, rozcewnikowano mnie, odpięto wszystkie przewody monitorujące pracę mojego organizmu, zostawili tylko pęk rurek wychodzących z wkłucia centralnego z szyi ( pielęgniarki nazywały to koralami:)). Mogłam wreszcie założyć piżamę i byłam gotowa. Przyszła nawet pielęgniarka, która w tym dniu opiekowała się innym pacjentem i uczesała mi dwa warkoczyki abym, jak to powiedziała ładnie wyglądała na nowym miejscu. Poczułam się taka wolna bez tych wszystkich przewodów. Pamietam, jak pewnego dnia przy myciu mnie, pielegniarka obracała mnie raz na lewo, raz na prawo i w końcu zaplątałam się w te wszystkie przewody i dreny. Pielęgniarka nie zauważyla tego i przy wymianie prześcieradła poczułam jak ciągnie je razem z przewodami. Jeszcze chwila i powyrywałyby się. Zaczęłam krzyczeć i wtedy pielęgniarka się zorientowała. Jakoś mnie wyplątała z tego:) 

Na ginekologii dostałam pokój jednoosobowy z łazienką. To był dobry pomysł, nie byłam jeszcze zupełnie gotowa na rozmowy z obcymi osobami. Szybko zrozumiałam jednak, że ta moja „wolność” tu się nie do końca sprawdzi:(. Pielęgniarki na tym oddziale były nastawione do mnie bardzo chłodno i z dystansem. Nie miałam już cewnika a bardzo chciało mi się już do toalety. Nie miałam siły się podnieść, moje mięśnie były bardzo osłabione. Ponieważ z basenu nie umiałam korzystać, zapytałam pielęgniarki bardzo nieśmiało i dużym zażenowaniem czy mogę załatwić się ten jeden raz do pampersa bo nie umiem wstać. Pielegniarka bardzo się zdenerwowała i odpowiedziała, że jak ja sobie to wyobrażam, kto tu będzie po mnie sprzątał i wyszła. Za chwilę pojawił się szef oddziału z obchodem, wyraził swoje współczucie w związku z tym co się wydarzyło i na moją prośbę aby ktoś przyszedł i nauczył mnie wstawać obiecał, że zaraz przyjdzie rehabilitantka. Minęła godzina a ona się nie pojawiła, w tym czasie prosiłam o nią także pielegniarkę i salowe. Ale jej nadal nie było. Brzuch bolał mnie już coraz bardziej, byłam już tak zrozpaczona, że zaczęłam płakać i zdecydowałam, że załatwię się do łóżka. Ale przyszedł mój mąż, wziął mnie na ręce i chciał zanieść do toalety. Moje świeże szwy na brzuchy tak się napięły, ze miałam wrażenie, że zaraz popękają. Zaczęłam krzyczeć, że musi mnie puścić. Położył mnie do łóżka i zdecydowaliśmy, że pod jedno ramię weźnie mnie teściowa, pod drugie mąż i dojdziemy do toalety. Jakoś mnie podnieśli i postawili, głowę ledwo mogłam utrzymać w pionie, robiło mi się słabo, ale najgorsze bylo to, że nie miałam siły ruszać nogami. Nawet nie miałam świadomości jak bardzo moje mięśnie są osłabione. Mąż i teściowa po prostu zaciągnęli mnie do toalety. To było bardzo bardzo upokarzające doświadczenie.  Rehabilitantka pojawiła się dopiero po godzinie. Poćwiczyła ze mną wstawanie z łóżka, pokazała ćwiczenia jakie powinnam sama wykonywać w łóżku. Przyczepiła mi drabinkę do oparcia łóżka po której miałam się wciągać przy wstawaniu ale nie umiałam sobie z nią za bardzo poradzić. I poszła. Tego dnia jeszcze parę razy ćwiczyłam wstawanie aby taka sytuacja się więcej nie powtórzyła, abym nie musiała być zależna od tych pielęgniarek.  Ale niestety zawsze musiał pomagać mi mój mąż bo sama nie potrafiłam.

Tak minął mój pierwszy dzień na ginekologii. Zbliżała się noc a ja byłam coraz bardziej przerażona. Wiedziałam, że jak będę musiała wstać w nocy do toalety to sama sobie nie poradzę. Zaczęłam płakać ze starchu. Mój mąż był gotowy nawet nocować w szpitalu. W końcu po północy stwierdziłam, że przecież jak zajdzie taka potrzeba to pielęgniarka będzie musiała, czy tego chce czy nie, pomóc mi i pozwoliłam mężowi jechać do domu. Z nerwów i ze strachu mało co spałam tej nocy.

I taka potrzeba zaszła około drugiej w nocy. Próbowałam sama wstać ale bez skutku. W końcu zadzwoniłam po pielęgniarkę. Po chwili stanęła w drzwiach i zapytała co się stało. Poprosiłam aby pomogła mi wstać i dojść do toalety. A ona stanęła obok łóżka i poradziła mi abym wzięła głęboki oddech, uspokoiła się i wtedy na pewno wstanę.  Próbowałam kilka razy, ta cholerna drabinka wcale mi nie pomagała. Zaczęłam płakać i mówić że nie mam siły i nie potrafię. A ona stała i kazała mi spokojnie oddychać i dalej próbować. To było już jak walka o życie. Wiedziałm, że ona mi nie pomoże i że jestem zdana tylko na siebie. W końcu po którejś kolenej próbie przy pomocy drabinki i stojaka na kroplówkę usiadłam na łóżku. Ale musiałam jeszcze wstać. Nie mogłam sobie z tym poradzić. Nie miałam siły odbić się od łóżka. Pielęgniarka wyszła i przyprowadziła balkonik, zabezpieczyła aby się nie odsuwał i za którymś razem wstałam. Z balkonikiem i stojakiem z kroplówką jakoś dotarłam do toalety. Dała mi straszny wycisk. Długo jeszcze tej nocy nie mogłam się uspokoić. Płakałam z żalu, że mnie tak potraktowała i czułam się bardzo poniżona.

W końcu po tej długiej nocy nastał ranek. I wtedy spojrzałam na to z zupełnie innej strony. Nawet zaczęłam być jej wdzięczna, że dała mi taką szkołę. A z siebie byłam bardzo dumna, że jednak dałam radę i nie będę musiała już więcej o nic prosić. To było moje małe zwycięstwo.

Dzisiaj

Dziękuję bardzo za Wasze pozytywne i pełne pozytywnej energii komentarze. Przepraszam, że nie odpisuję indywidualnie każdemu z Was ale najpierw muszę uporać się z moimi „Wspomnieniami”. Każdy wpis wiąże się dla mnie z ogromnymi emocjami. To jest jak podróż w czasie. Ale ja tego bardzo potrzebuję.

Miałam duże obawy, czy jest sens pisać ten blog. Bałam się jak ludzie zareagują. Bałam się pytań po co ja wogóle to wypisuję z takimi szczegółami. Ale po przeczytaniu bloga „Pragnieniedziecka” postanowiłam, że będę pisała go dla siebie. To jest mój ból, moje cierpienie i nikt mi tego nie odbierze.

Ale… Wasze ciepłe przyjęcie bardzo mnie zaskoczyło, każdy Wasz komentarz dodaje mi energii i wiary, że w tym roku naprawdę coś dobrego się dla mnie wydarzy:)

Dziekuję Wam i pozdrawiam ciepło

Wspomnienia – znajomi

Zaczęły napływać smsy od znajomych z zapytaniem czy wszystko ok, dlaczego się tak długo nie odzywam, czy już zostałam szczęśliwą mamą. Na szczęście mój mąż zaopiekował się moim telefonem i odpowiadał na te smsy, odbierał telefony i wyjaśniał co się stało. Ja nie chaciałam wtedy z nikim rozmawiać. Co miałam im powiedzieć? Co oni mogli mi powiedzieć? Czułam się okropnie oszukana. Przecież udało nam się za pierwszym razem!!! Więc po co? Miliony kobiet rodzi dzieci. Dlaczego ja nie mogłam? Od tamtego wydarzenia minęło już prawie 20 miesięcy a ja nadal czuję ogromny ból i żal jak widzę kobiety w ciąży. Za każdym razem myślę sobie, że ja też tak ładnie wyglądałam, też byłam pełna marzeń i nadziei na przyszłość. W jednym dniu wszystko się zmieniło.

Mąż był dla mnie wtedy i jest nadal ogromnym wsparciem. Nie należy do najmniejszych mężczyzn, ale wtedy zaraz po wybudzeniu jak go zobaczyłam wydał mi się taki mały ( w ciagu czterech dni bardzo zeszczuplał – wiem, że przez te dni prawie nie opuszczał szpitala, nocował w pokoju na oddziale intensywnej terapii), wydał mi się taki zagubiony i przerażony. Nawet jak go wypraszali z pokoju bo coś przy mnie robili to widziałam jego twarz w szybie jak zagląda zaniepokojony, przy każdym późniejszym zabiegu czy operacji wiedziałam że on jest za drzwiami i czeka aż się skończy. Ta tragedia bardzo nas do siebie zbliżyła. Tylko on ma inny sposób na przeżycie tego wszystkiego a ja inny. On był w tym wszystkim, poniekąd uczestniczył w tych wydarzeniach a ja byłam wtedy nieprzytomna.

Kilka miesięcy po moim wyjściu ze szpitala mąż opowiedział mi wszystko ze szczegółami, wiem że te wspomnienia bardzo go osłabiają i sprawiają mu ogromny ból, on nie chce o tym rozmawiać więc szanuję to i więcej go o to nie pytam.

Jak przewieźli mnie już na salę porodową, mąż z teściową czekali na korytarzu. Kilka miesięcy wcześniej mąż kupił sobie aparat aby fotografować dzieci od najwcześniejszych miesięcy. Poród się przedłużał. Nagle zaczęły wybiegać pielęgniarki, zaczęli wchodzić tam inni lekarze. Mąż zaniepokojony zapytał się czy coś się stało. Usłyszał, że młoda Pani doktor zemdlała. Więc uspokojony nadal czekał. Ale ruch wkoło tej sali robił się coraz większy. Wkońcu wyszedł lekarz i powiedział, że z żoną jest już wszystko dobrze a na temat dzieci wypowiedzą się pediatrzy. Nic jeszcze wtedy nie przeczuwał złego. Ustalił wczesniej z teściową, że ona ma filmować jego pierwsze spotkanie z dziećmi. I wywieźli dzieci, leżały w jednym łóżeczku, teściowa zaczęła filmować ale usłyszeli krzyk pielęgniarki, że nic nie mogą filmować, mają wyłączyć aparat. Byli zaskoczeni, ale teściowa spojrzała na łóżeczko i zapytała dlaczego dzieci mają zakryte główki. Usłyszeli wtedy, że przecież dzieci nie żyją… To było dla nich ogromne zaskoczenie i szok. Teściowa zaczęła bardzo głośno krzyczeć. Wyszedł lekarz, który opiekował się mną w szpitalu i wykonywał cesarskie cięcie i powiedział, że on nie rozumie jak mogło do tego dojść.

Mnie przewieźli na salę pocesarkową. Wyjątkowo pozwolili mężowi przy mnie siedzieć. Ale tam zaczęłam mieć dreszcze, urządzenia zaczęły wyć. Anestezjolog nie potrafił sobie z tym poradzić. Zmierzyli mi poziom cukru i był już bardzo niski. Próbowali ogrzewać mnie dmuchawą ale to nic nie dało. Podjęli więc decyzję, że przewożą mnie na intensywną terapię. Po drodze straciłam przytomność. Mąż mówił, że tam widział tylko mnóstwo lekarzy wkoło stołu na którym leżałam, cały czas podwieszali jakies woreczki z lekami i krwią. Nie mogli zatamować krwotoku. Zabrakło krwi, więc ściągali ją z innych szpitali. Do tego doszedł wstrząs i sepsa, niewydolnosć oddechowa i przestały pracować nerki. Nikt nie chciał rozmawiać z moim mężem. Tłumaczyli mu, że nie mają teraz czasu, że ratują mnie. W końcu krwotok został zatrzymany.

W międzyczasie mój mąż został zaprowadzony do dzieci. Dzieci już zostały ochrzczone. Wziął każdego z nich z osobna na ręce i pożegnał od nas. I tego najbardziej mu zazdroszczę, że widział nasze dzieci, że trzymał je na rekach. Opowiadał, że były śliczne, że miały włoski i małe paluszki i wyglądały jakby spały.

Jeszcze tego samego dnia po południu mój brzuch zaczał się powiekszać. Podejrzewano krwotok wewnętrzny. Zostal wezwany lekarz, który przyjechał ok 22:00. Mąż opowiadał, że ten lekarz biegł i był mocno zdyszany. Chwilę porozmawiał z moim mężem i rozpoczęła się operacja. Tej nocy amputowano mi macicę. Poźniej bylo czekanie, czy mój organizm sobie z tym poradzi. Poradził sobie. Później był problem z wybudzeniem mnie, codziennie podejmowano próby. Zrobiono mi TK głowy bo było podejrzenie, że może są tam jakieś skrzepy po transfuzji. Uprzedzano mojego męża że mogę być niepełnosprawna. Lekarze obawiali się, że mogło dojść do niedotlenienia. Badanie TK nie wykazało żadnych zmian. Przeprowadzono, więc dializę i po tym badaniu na czwarty dzień wybudziłam się. To wiem z opowiadania mojego męża. On ma taki sposób, że jak nachodzą go te wszystkie wspomnienia to na siłę zaczyna myśleć o czymś innym. Uważa, że gdyby tak nie robił to nie poradziłby sobie z tym wszystkim.

Poprosiłam męża aby wszystkie ubranka, rzeczy związane z dziećmi wywiózł do Domu Dziecka zanim wyjdę ze szpitala. Przecież nam one już nigdy się nie przydadzą.

Wspomnienia – opieka

Opiekę na intensywnej terapii wspominam pomimo wszystko bardzo pozytywnie. Jest tam taki system pracy, że pielęgniarki pracują na zmiany po 12 godzin i jedna pielęgniarka opiekuje sie jednym pacjentem. Ja przebywałam w pokoju dwuosobowym ze starszym panem. Zawsze oddzieleni byliśmy parawanem. W naszym pokoju były więc dwie pielęgniarki. Zawsze gotowe do pomocy. Poczas mojego tam pobytu ( 12 dni ), z tych oczywiście co pamietam na żadną z pielęgniarek nie mogłabym powiedzieć złego słowa. Codziennie nas myły, codziennie zmieniały pościel, karmiły i przede wszystkim czułam z ich strony szczerą sympatię. Co wieczór jak przychodziła nocna zmiana odbywała się wieczorna toaleta – to wyglądało jak rytuał. Mój mąż był wypraszany. Ja byłam myta, smarowana kremami, balsamami, nawet jak poprosilam to potrafiły umyć mi głowę na łóżku:). Podczas tego rytuału zawsze nasłuchałam się komplementów ( tak chyba były szkolone, ponieważ jak później gdy zostałam przeniesiona na inny oddział i  wtedy spojrzałam w lustro, tak więcej podczas pobytu w szpitalu tam nie spoglądałam). To trwało zawsze ok godziny. Później prosiły mojego męża aby się ze mną pożegnał:).

Ja raczej tam z nikim nie rozmawiałm, tylko leżałam, słuchalam, obserwowałam. Raz tylko chciałam zapytać o coś pielęgniarkę, o coś zupełnie błahego. Zobaczyłam przerażenie w jej oczach i usłyszałam, że ona nic nie wie i że lekarz może ze mną porozmawiać. Zrozumiałam wtedy że o tym co się stało nie potrafią, nie chcą lub nie mogą ze mną rozmawiać. Ale ja i tak nie miałam ochoty z nimi o tym rozmawiać. Rozmawiałam tylko z moim mężem.

Pewnego razu przyszli lekarze z patologi ciąży aby ze mną porozmawiać. Ja wtedy mialam problemy z jelitami, miałam podane różne specyfiki, które miały zadziałać, brzuch mnie bolał i byłam tym mocno zestresowana. Poprosiłam ich aby przyszli za godzinę. Tłumaczyłam, że teraz nie mogę z nimi rozmawiać – wyszli i więcej się nie pojawili.

Około ósmego dnia byłam już sadzana na łóżku, ale utrzymywałam się w tej pozycji tylko dzięki oparciu łóżka. Sama zaczęłam myć zęby i czesać się ale po takich zabiegach byłam wykończona. Pamiętam jak pewnego dnia chciałam zrobić mężowi niespodziankę, i pokazać że już sama piję, poprosiłam pielęgniarki aby postawiły mi kubek na kołdrze, włożyły słomkę, podparły mi plecy oparciem od łóżka i tak czekałam na męża – ale on nawet tego nie zauważył.

Pamiętam, też jak pewnego dnia obudzilam się i byłam bardzo głodna, zaczęło robić mi się słabo. Pielęgniarki zawołały dyżurującą lekarkę, która stwierdziła, że nie dostnę jeść bo mam zaplanowane badanie. Zaczęłam płakać i pytać się dlaczego nie ma mjego męża, przecież obiecał, że przyjdzie. Usłyszałam wtedy, że przecież mój mąż stale przy mnie jest i też musi odpocząć – zrobiło mi się wtedy wstyd, nie wiedziałm, że to była dopiero piąta rano.

Te obrazy ciągle mam w głowie, to wszystko co było przed porodem jest takie mgliste, nierzeczywiste. Wszystko po porodzie ostre, wyraźne i ciągle ”siedzi mi w głowie.

Stosunek lekarzy do mnie z intensywnej terapii także był bardzo pozytywny. Lekarki głaskały mnie po rękach, mrugały do mnie na obchodach, z dwiema do dzisiaj utrzymuję kontakt, usłyszałam od nich, że często myślą o mnie i że jak tylko będę czegoś potrzebowała to mam się z nimi skontaktować.

No i najważniejsze - Lekarka, która tego tragicznego dla mnie dnia miała dużur na intensywnej, to ona o mnie walczyla jak lwica, nie poddawała się, jak zabrakło krwi to ściagała z innych szpitali. później były momenty, że myślałam o niej z wdzięcznością, ale często były i takie, że byłam zła na nią, że nie odpuścila wtedy. Jeszcze nie odważyłam się wrócić tam i jej podziękować ale wiem, że kiedyś to zrobię.

Wspomnienia – intensywna terpia

Wybudziłam się po czterech dniach – 4 czerwca. Pierwsze wspomnienie: widziałm za drzwiami pomarańczowo – żółte koło, po sali bezszelestnie chodziły dwie osoby, obok mnie stał parawan, słyszałam jak męski głos za parawanem opowiadał coś o lesie, psach. Skadś wiedziałam, że jestem bardzo chora. pamiętałam głos męża, który cały czas powtarzał mi, że jestem w dobrym szpitalu, że tu mają dobry sprzęt i leki i na pewno mi pomogą – a ja cały czas myślałam, że byłam poza drzwiami szpitala i tak bardzo się bałam i nie miałam jak przekazać mężowi, że oni go oszukują, że ja tak naprawdę jestem poza szpitalem. Później mąż opowiadał mi, że jak byłam nieprzytomna to godzinami siedział przy moim łóżku i powtarzał mi te słowa. Po wybudzeniu byłam przekonana, że mąż wywiózł mnie do Chin na naturalną terapię – byłam przerażona.

Drugie wspomnienie: lekarka wyciągała mi z nosa coś bardzo długiego, ciągnęła i ciągnęła i powtrzała, że jeszcze chwilka i będzie po wszystkim – to byla sonda dożołądkowa. 

Trzecie wspomnienie:  mąż siedzi przy moim łóżku i najdelikatniej jak tylko umie próbuje przekazać mi co się wydarzyło. A ja przypominam sobie, że skądś wiem, że moje dzieci umarły i wtedy ogarnia mnie przeraźliwy strach, że to Bóg ukarał mnie za to, że zdecydowaliśmy się na metodę in vitro i że jeszcze dla mnie coć strasznego szykuje. Nigdy jeszcze nie bałam się tak strasznie przed tym co ma nastąpić.

Mój mąż bardzo dozował mi informacje, powiedział mi, że dzieci były bardzo chore i że umarły a ja musiałam mieć operację aby przeżyć. Nie mogłam tego zrozumieć, przecież widziałam moje dzieci na USG i były zdrowe, lekarze też tak mówili, przecież byłam w szpitalu, więc jak to się mogło stać? Bałam się męża pytać o cokolwiek, wyobraziłam sobie, że moje dzieci urodziły się bardzo zniekształcone i długo jeszcze tak myślałam – nie pytałam się o nic więcej bo tak bardzo bałam się tego co mogę jeszcze usłyszeć.

Po paru dniach dowiedziłam się, że jedno moje dziecko zmarło ok 12 godzin przed porodem a drugie próbowali reanimować ale się nie udało. Ja po porodzie miałam krwotok, wstrząs krwotoczny, wstrząs septyczny, ostrą niewydolność nerek, ostrą niwydolność oddechową i… usunęli mi macicę – aby ratować moje życie, tylko jakie to życie pozostało. Okazało się, że miałam zakażenie wewnątrzmaciczne – dlaczego nikt tego nie zauważył!!! Tak niewiele brakowało aby wszystko skończyło się dobrze. Tylko troszkę zainteresowania ze strony lekarzy. 

Mój mąż opowiadał mi później, że dzieci były bardzo ładne, nie były zniekształcone, miały wszystkie paluszki i wyglądały jakby spały…

Pielęgniarki ochrzciły nasze dzieci i nadały im imiona na cześć Jana Pawła II. Jaś i Pawełek – bardzo mi się podobają te imiona, dlaczego sama nie wymyśliłam ich?

Moje dzieci tylko raz mi się przyśniły, jeszcze jak przebywałam na oddziale intensywnej terapii. To były dwa nagie maluszki, które bujały się na niebie, wśród wieży zbudowanych z pastelowych rombów. Były takie pogodne i zadowolone:). Tak bardzo wtedy chciałam być blisko nich, ale jednocześnie byłam taka spokojna i szcześliwa. To był piękny sen.

Dostawałam wtedy dużo silnych leków przeciwbólowych i często wieczorem kiedy już na oddziale panowała cisza pokój zamieniał się w pokój dzicięcy. Wkoło widziałam pełno zabawek, obok mojego łóżka stał koń na biegunach a powietrze zamieniało się w błękitny woal – kiedyś zapytałam męża czy widzi to samo co ja – nic nie widział a ja nie rozumiałam dlaczego. Zdarzało się także, że widziałam na lampach grube białe gąsienice i bałam się że w nocy pospadają na mnie. Mąż próbował mi tłumaczyć że tam nic nie ma, ale mu nie wierzyłam.

Dzień po wybudzeniu przyszła do mnie Pani Psycholog. Zapytala mnie co chcę jej powiedzieć. Co ja mogłam jej wtedy powiedzieć?! Przecież ja zupelnie nie rozumiałam tej sytuacji. Nie potrafiłam z nikim o tym rozmawiać, tylko z moim mężem. Przychodziła tak do mnie jeszcze przez parę dni i w końcu stwierdziła, że jak będę miała ochotę z nią porozmawiać to mam zadzwonić.

Przez cały pobyt na tym oddziale, nie mogłam spokojnie przemyśleć tego co się wydarzyło. Ciągle ktoś był w pokoju albo pielęgniarka, albo mój mąż. Ciągle się coś działo. A w nocy albo miałam piękne sny albo majaki.

Na drugi dzień po wybudzeniu zaczęłam źle oddychać, okazało się że w wyniku trasfuzji krwi w płucach zebrały się skrzepy i trzeba to oczyścić. Na szczęście lekarze sami stwierdzili, że abym więcej nie cierpiała to ten zabieg wykonają pod narkozą. Po tym zabiegu moje parametry oddechowe wróciły do normy.

Cztery dni po wybudzeniu przy zdejmowaniu szwów z brzucha, rana rozeszła się. Na następny dzień ponownie byłam szyta i ponownie na lekach przeciwbólowych.Nie miałam ani chwili aby nad tym wszystkim świadomie pomyśleć. To wszystko wydawało się strasznym snem – tylko rany na brzuchu przypominały, że to… chyba nie był sen.

Dzisiaj

Witam, dziękuję za Wasze komentarze – są bardzo pozytywne:), ale…to nie tak miało być. To miał być blog, gdzieś tam w sieci, anonimowy a nie na głównej stronie Onetu!!! Przepraszam, ale nie byłam na to przygotowana. Nie wiedziałam, że tyle osób to przeczyta. Muszę ochłonąć. Chyba „obleciał” mnie strach. To miała być taka moja pisanina, forma terapii…